16 stycznia 2026
Marcin Bieniek
Ambient, instrumenty z przeszłości i dwa wyjątkowe talenty.
Grająca na harfie Mary Lattimore pięknie wypełnia lukę po Joannie Newsom, która po wydaniu serii świetnych płyt (wspaniałe Ys), od kilku lat milczy (zniknęła nawet ze Spotify). Muzyka Lattimore co prawda skręca w kierunku ambientu, ale nadal jej podstawą są melodie grane na tym niezwykłym klasycznym instrumencie. Z kolei Julianna Barwick tworzy niesamowite muzyczne pejzaże oparte na eksperymentach z głosem.
Obie artystki skorzystały z zaproszenia Filharmonii w Paryżu, gdzie przez dziewięć dni improwizowały na instrumentach ze zbiorów Musée de la Musique. Mary Lattimore sięgnęła po harfy z XVIII wieku, a Julianna Barwick wykorzystała kilka kultowych syntezatorów, jak Prophet-5 - jeden z pierwszym tego typu instrumentów na świecie, którego brzmienie słychać od Computer World Kraftwerk po Everything In Its Right Place Radiohead. Nad produkcją Tragic Magic czuwał Trevor Spencer, nagrywający wcześniej z Fleet Foxes i Father John Misty.
Z połączenia wrażliwości Lattimore i Barwick powstał niezwykły materiał, który od otwierającego płytę, niemal sakralnego Perpetual Adoration, po zamykający ten 42-minutowy album utwór Melted Moon, interesująco łączy ambientowe eksperymenty z wyrazistymi kompozycjami. Najważniejsze dla mnie momenty na Tragic Magic, to utwór The Four Sleeping Pricesses, ciekawie rozwijający główny motyw na harfie oraz Stardust, w którym Julianna Barwick testuje możliwości wypożyczonych syntezatorów.
Pojawiają się też tutaj dwa covery - Rachel’s Song Vangelis oraz Temple of the Winds Rogera Eno (młodszy brat Briana). O tym jak dobry to materiał niech świadczy fakt, że wcale nie wyróżniają się one tak mocno na tle autorskich kompozycji artystek. Ten album to niezwykła podróż w historię muzyki.
Polecany utwór
Najnowsze recenzje
Najnowsze artykuły