Albumy, których słuchałem najczęściej.
Marcin Bieniek - 08 stycznia 2026
2025 rok nie przyniósł wydawnictwa, które trafiłoby na stałe do mojego osobistego życiowego topu, ale tych kilka płyt na pewno zostanie ze mną na dłużej.
Dwie piosenki wystarczyły, by o Dove Ellisie zaczęło robić się głośno. Nagle z małych pubów w Manchesterze muzyk przeniósł się do klubów w Londynie, a jesienią pojawił się w roli supportu na amerykańskiej trasie Geese. Porównania wokalu Ellisa do Camerona Wintera będzie często pojawiać się w recenzjach, ale zdecydowanie bliżej mu do równie ekspresyjnego, ale subtelniejszego głosu Jeffa Buckleya.
Ciekawy głos to jedno, ale siłą albumu Blizzard są przede wszystkim piosenki. Pierwsza połowa płyty, to piękny zestaw wyróżniających się utworów, który rozpoczyna interesująco rozwijający się i przypominający bogate kompozycje Grizzly Bear Little Left Hope. Dalej mamy balladę Pale Song, w duchu ostatniej płyty Sama Fendera, po której dosłownie wybucha ekstatyczny utwór Love Is. I to właśnie w tym momencie przepadłem. To dla mnie jeden z najlepszych momentów w muzyce gitarowej 2025 roku.
9. Little Simz - Lotus
Nie wiem czy wpłynęły na to okoliczności, w jakich słuchałem tego albumu po raz pierwszy, czy jego faktyczna unikatowa zawartość, ale najnowsze wydawnictwo Little Simz, to dla mnie jedna z najlepszych płyt hip-hopowych ostatnich lat.
Po raz pierwszy sięgnąłem po niego jadąc przez północne przedmieścia Londynu na koncert Oasis. To właśnie tutaj, w dzielnicy Islington, Little Simz dorastała i do dziś rapuje z charakterystycznym dla tej części miasta akcentem. Thief, Flood, Young - leciałem przez kolejne utwory obserwując Londyn zza szyby i czułem jak ten album po prostu mnie wciąga. Jej największą siłą jest różnorodność - każdy z utworów to osobna bajka. Znajdziemy tu mroczny rap z gościnnym udziałem Obongjayara (Flood) i zupełnie lekkie przeboje, jak Only z udziałem Lydii Kitto. Wielki plus dla żywego zespołu, który świetnie się na tej płycie spisuje.
8. Soyuz - KROK
Ta płyta wygrywa u mnie w kategorii odkrycia 2025 roku.
SOYUZ, to muzyczny kolektyw pochodzący z Mińska (oryginalna pisownia СОЮЗ), założony przez multiinstrumentalistów Aleksa Chumaka i Mikitę Arłowa, który od 2022 roku rezyduje w Warszawie. To właśnie tutaj częściowo powstał czwarty album grupy zatytułowany KROK, na którym artyści w niezwykły sposób połączyli wschodnioeuropejskie korzenie z popem, jazzem i muzyką filmową. To płyta, która zachwyciła mnie od pierwszych dźwięków.
Coś czuję, że razem a Aleksem i Mikitą dzielimy tę samą wrażliwość.
7. Wiraszko - Tak młodo się nie spotkamy
Chociaż jako autor Michał Wiraszko ma na swoim koncie blisko 150 tekstów, które poza Muchami trafiły na płyty m.in. Krzysztofa Zalewskiego czy Lady Pank, to wydaje mi się, że te najlepsze trzymał w szufladzie właśnie dla siebie. Autor bez wchodzenia w wyszukane metafory, posługując się prostym językiem, unika banału i tworzy teksty dające do myślenia. Gdy odruchowo sprawdzasz, czy napisał ktoś co chwilę / mimo, że nie napisał nikt / wiem wtedy, że to nasze awatary żyją bardziej niż my - to tylko jeden z przykładów z piosenki Awatary, w której gościnnie pojawia się Lech Janerka, jako… głos wytworzony przez AI. Spokojnie, wszystko za zgoda autora.
Debiut Michała Wiraszki to najlepszy gitarowy album z polskimi tekstami od lat. Dokąd ta płyta zaprowadzi muzyka? Mam nadzieję, że gdzieś tam, dokąd artystycznie zaszli Ciechowski czy Janerka. Suma talentów się tutaj zgadza.
6. Alan Sparhawk - Alan Sparhawk with Trampled by Turtles
To w zasadzie piosenki Low, ale zaaranżowane w typowo bluegrassowy sposób, na gitary, skrzypce, kontrabas i banjo. Trzy z dziewięciu utworów, które trafiły na ten album, powstały jeszcze z myślą o kolejnej płycie duetu. W tym mój ulubiony Too High, w którym głos Sparhawka brzmi niezwykle mocno oraz przejmujący Not Broken, gdzie w refrenie pojawia się Hollis, córka Mimi i Alana. To bardzo wzruszający moment tego albumu.
Słuchając tej płyty, przypomniałem sobie o krążku Things We Lost in Fire Low z 2001 roku. Tam również, podobnie jak tutaj, mieliśmy przedziwną mieszankę emocji. To muzyka z wielkim ładunkiem smutku, która gdzieś podskórnie podnosi na duchu. Ciężko dokładnie to opisać, ale właśnie tak jest. Słuchając takich piosenek, jak Get Still, z fenomenalnym chóralnym finałem, można doznać wewnętrznego oczyszczenia. A czasem właśnie tego szukamy w muzyce.
5. King Gizzard & The Lizzard Wizard - Phantom Island
Przyznam, że gdzieś przy 23 albumie studyjnym Gizzardów, straciłem trochę zainteresowanie tym zespołem. Co prawda, dzięki takim singlom, jak Field of Vision, trochę mnie odzyskali przy swoim poprzednim krążku Flight b741, ale kiedy usłyszałem, że ich następny album ma być nagrany z orkiestrą, pomyślałem meh…
No i trafiłem na koncert King Gizzard & The Lizzard Wizard na festiwalu Inside Seaside. Jeden z niewielu na europejskiej trasie, na której w towarzystwie orkiestry wykonali w całości swoją nową płytę Phantom Island. No i brzmiało to tak, jakby ktoś wymieszał najlpesze hard rockowe albymy w historii i wycisnął z nich samą esencję. Z festiwalu wróciłem tylko z jedną płytą w głowie, nikt mnie wtedy tak nie zachwycił jak Gizzardzi z ich Phantom Island.
Nie wiem czy to zasługa producenta Jamesa Forda, który czegokolwiek się ostatnio dotknie, zamienia to w złoto (jak Romance Fontaines D.C. i debiut The Last Dinner Party) czy samego zespołu, ale najnowszy album Pulp, to fantastycznie brzmiący zestaw wyróżniających się piosenek.
Świetnie wypadają zarówno single - Spike Island, który dołącza do wielkich hitów Pulp oraz epicki Got to Have Love, jak i spokojniejsze utwory, których dominują na tej płycie. Tina, Slow Jam czy ukryty pod koniec albumu Partial Eclipse - każdy z nich wyróżnia się na tle całości, jest szczegółowo dopracowany, zachwyca orkiestrowymi aranżacjami. To bardzo dobra songwriterska robota. Nie spodziewałem się, że słuchanie nowej płyty Pulp w 2025 roku da mi tyle radości. Jarvis Cocker i jego zespół stworzyli album, do którego chce się wracać i odkrywać go na nowo.
Get Sunk prowadzi nas przez bardzo różne emocje - od transowego wstępu (Inland Ocean), przez dynamiczniejsze gitarowe numery (Bonnet of Pins), po rozmarzone, powolne utwory (Frozen Oranges, Little by Little). To wszystko stanowi tło dla tekstów Matta Berningera, które stanowią wartość samą w sobie. Teksty na Get Sunk napisałem na piłkach do baseballa. Taki sposób tworzenia sprawia, że bardziej precyzyjnie dobieram słowa - przyznał w jednym z wywiadów. Oszczędne i trafiające w punkt: The last time I tried to write to you / My thumbs were numb, my sentences residue. Prawda, że świetne?
Nie miałbym nic przeciwko, gdyby w czasie odpoczynku od The National, Matt wydał od czasu do czasu, tak udany album. Po kilku trudnych latach, w czasie których zmagał się z depresją i blokadą twórczą, znów jest na dobrej artystycznej drodze.
2. Jeff Tweedy - Twilight Override
Jestem świeżo po lekturze książki Jeffa How To Write One Song, która jest wielką pochwałą kreatywności. Autor opisuje w niej jak poradzić sobie ze swoim ego i wyzwolić drzemiący w nas potencjał. Twilight Override, to realizacja tej książki w praktyce. To 30 różnorodnych piosenek i żadnego nudnego wypełniacza.
Już otwierający płytę One Tiny Flower, delikatna ballada, jedna z lepszych w dorobku Jeffa, nastraja bardzo ciepło i melancholijnie. Idąc dalej autor rozkłada akcenty tak, żeby nie zanudzić słuchacza. Spokojniejsze momenty przeplatają się z rockowymi numerami, w których Jeff wchodzi trochę w rolę Nelsa Cline’a, gitarzysty Wilco (Forever Never Ends). Czasem jest smutno (Feel Free), czasem śmiesznie (Lou Reed Was My Babysiter), przebojowo (Out in the Dark) i trochę psychodelicznie (Mirror). Głos Tweedy’ego (wsparty przez chórki), zmieniając się jak kameleon, znakomicie oddaje te różnorodne emocje. No nie ma nudy.
W przeciwieństwie do długości tego wydawnictwa, jego podsumowanie niech będzie krótkie: to jeden z najlepszych albumów Jeffa Tweedy’ego. Nadal ma w sobie ten sam ogień, który znamy z Summerteeth czy Yankee Hotel Foxtrot. Mimo upływu lat pali się on mocno i wyraźnie.
1. Cass McCombs - Interior Live Oak
W czasach kiedy nasze mózgi są bombardowane z każdej strony krótkimi i dynamicznymi treściami, Cass McCombs proponuje dwupłytowy album złożony z 16 piosenek, prawie 75 minut muzyki. Czy to za dużo? Gdyby był to zbiór kilkunastu przypadkowych utworów, to być może. Tutaj tworzą one jednak spójną i niezwykłą opowieść.
Muszę przyznać, że słuchając Interior Live Oak, po raz pierwszy od dłuższego czasu czułem, że mam na płycie do czynienia z wielką opowieścią o czymś. W tym przypadku o Ameryce. Cass z jednej strony oddaje tutaj hołd swoim muzycznym korzeniom.
Singlowy Peace, ma w sobie coś ze spokoju i refleksyjności Neila Younga (When we say goodbye we say peace). Dylanowski Missionary Bell, to ukłon w stronę łagodnych folkowych brzmień z lat 60. Pozostając w refleksyjnym nastroju warto wyróżnić I Never Dream About Trains, który brzmi jak zagubiony przebój Cohena.
Jeśli coś czyni Amerykę wspaniałą, to właśnie takie płyty.
Posłuchaj
Najnowsze recenzje
Najnowsze artykuły