strona główna / artykuły / Relacja: Radiohead w Berlinie
main image

fot. Łukasz Wiśniowski

Relacja: Radiohead w Berlinie

Po sukcesie The Smile szczerze wątpiłem, że zobaczymy jeszcze Radiohead na scenie. Dlatego gdy po siedmiu latach ciszy muzycy ogłosili trasę, nie mogłem tego odpuścić. Wybrałem się do Berlina żeby sprawdzić jakim zespołem są Radiohead w 2025 roku.

Marcin Bieniek - 24 grudnia 2025

Rok wielkich powrotów


Czym byłaby reaktywacja Oasis w 2025 roku bez małej rywalizacji z zespołem, z którym bracia Gallagher ścierali się w latach 90? Tylko kogo by tu wybrać? Damon Albarn już po pierwszych koncertach braci Gallagher skapitulował, mówiąc: Oasis wygrali bitwę, wojnę, kampanię, wszystko. I kiedy wydawało się, że nikt nie odbierze im tytułu największej reaktywacji 2025 roku, to właśnie Radiohead postanowili tu trochę namieszać. 


Szczerze? Kiedy Thom Yorke i Jonny Greenwood - główny duet kreatywny Radiohead - wspólnie z perkusistą Tomem Skinnerem, założyli w 2018 roku grupę The Smile, pomyślałem, że to koniec zespołu, który podarował światu OK Computer. Po przesłuchaniu ich drugiej płyty Wall of Eyes z 2024 roku byłem tego już niemal pewien. No bo niby dlaczego Thom, mając zespół, w którym może bez wielkiej presji realizować swoje artystyczne wizje, miałby reaktywować grupę, od której fani oczekują grania piosenek sprzed 30 lat?


A jednak wrócili. I choć ostatecznie porównywanie tras Oasis i Radiohead nie ma większego sensu (zupełnie inny kaliber nostalgii), to trzeba przyznać, że sam początek, czyli proces sprzedaży biletów, grupa Thoma Yorke’a rozegrała dużo lepiej. To, że oba wydarzenia wyprzedadzą się w kilka minut, było wiadomo od razu. Jednak tam, gdzie Oasis zaserwowali fanom thriller w postaci kosmicznych kolejek i dynamicznie rosnących cen biletów (miejsca za 70 funtów potrafiły kosztować 500), u Radiohead, bez większych problemów można było się zarejestrować, wejść na stronę i kupić bilet.

relation image 2

7 momentów


Radiohead postanowili zagrać po cztery koncerty halowe w pięciu europejskich miastach: Madrycie, Bolonii, Londynie, Kopenhadze i Berlinie. W moim przypadku wybór padł na koncert 11 grudnia w berlińskiej Uber Arenie. 


Widziałem już Radiohead w 2009 roku w Poznaniu, kiedy odwiedzili Polskę na finiszu trasy promującej In Rainbows. Pamiętam z tamtego koncertu niewiele - piknikową atmosferę w Parku Cytadela, świetny support Moderat, eko scenę z charakterystycznymi światłami led i wspólne odśpiewania a capella Karma Police


Dziś już wiem, że koncert w Berlinie, choć zagrany przez zespół, który ma za sobą kilkuletnią przerwę, zrobił na mnie dużo większe wrażenie i zostawi po sobie znacznie więcej wspomnień. Poniżej znajdziecie siedem momentów, które zapamiętałem najbardziej.


Setlista


Radiohead przygotowali na trasę dwie grane naprzemiennie setlisty, różniące się kilkoma utworami. W obu wariantach zaskoczyła mnie tak liczna reprezentacja piosenek z płyt The Bends i OK Computer. Nie sądziłem, że Thom Yorke w 2025 roku, tak chętnie sięgnie po piosenki, które napisał z kolegami mając dwadzieściakilka lat. Tymczasem koncert w Berlinie otwarło Planet Telex (dla tych gitar warto było przetrwać 3-godzinne opóźnienie Intercity), a sekcję bisów niezwykle emocjonalne Fake Plastic Trees. Nie zabrakło też Let Down, przeżywającego drugą młodość na TikToku i No Surprises, które pięknie wybrzmiało na sam koniec. 


Daydreaming


Co ciekawe, utworów z najnowszych - nagranych w drugiej dekadzie XX wieku - płyt zespołu było bardzo niewiele. Album A Moon Shaped Pool reprezentowały Ful Stop i Daydreaming. Ten drugi, zagrany bezbłędnie, w połączeniu z wizualizacjami dającymi wrażenie unoszenia się sceny oraz światłami telefonów rozbłyskującymi na trybunach, wypadł fenomenalnie. W sieci można trafić na nagrania, na których Ed O’Brien patrzy na ten widok z niedowierzaniem. Doskonale wiem co czuł. Myślę, że w tamtym momencie wszyscy przeżywaliśmy to samo. 

relation image 3

Scena


Być może ustawiona na środku sali scena, nie pomagała nagłośnieniowcom, którzy robili co mogli, by w utworach bardziej eksperymentalnych (Sit Down, Stand Up; The Gloaming) uniknąć kakofonii, ale pod kątem doświadczenia koncertu jako takiego, było to świetne rozwiązanie. Mimo, że Uber Arena to duża hala na kilkanaście tysięcy osób, to koncert miał jednak bardzo kameralny charakter. Scena ustawiona na końcu sali, oddzielona dodatkowo strefą golden circle, tworzy jednak pewną barierę między zespołem, a publicznością. Tutaj wszyscy byliśmy bardzo blisko centrum wydarzeń.


Kid A


Nie spodziewałem się, że sięgną po ten numer. Jeden z bardziej wyjątkowych momentów przełomowego albumu o tym samym tytule, w wersji live zabrzmiał bardzo transowo i tanecznie. Bez wątpienia wykonanie Kid A wymagało od Radiohead większej inwencji i zaangażowania, niż w przypadku Just czy Lucky. Panowie w tym fragmencie koncertu udowodnili, że wciąż potrafią eksperymentować na żywo. 


Jonny Greenwood


Sądziłem, że gitarzysta Jonny Greenwood będzie najmniej zaangażowany w granie utworów sprzed lat. Ścieżki dźwiękowe (jest autorem muzyki m.in. do filmu Jedna bitwa po drugiej), projekty w których może pokazać pełne spektrum możliwości jako kompozytor - wydawało mi się, że to jest teraz jego świat. Tymczasem nie mogłem uwierzyć, że podczas Paranoid Android czy Just widzę Jonny’ego atakującego swojego Telecastera, jak z najlepszych nagrań koncertowych z lat 90. (tu podziękowania dla realizatora wideo, który wrzucał na ekrany sporo zbliżeń na gitarowe popisy Greenwooda). 


Bloom


Uwielbiam w koncertach ten moment, kiedy jakiś utwór, który na płycie nie zrobił na mnie wrażenia, grany na żywo, totalnie zachwyca. I tak było w przypadku Bloom, jedynego tego wieczoru reprezentanta płyty The King of Limbs. Trzy zestawy perkusyjne (poza Philem Selway’em na bębnach zespół wspomagał Chris Vatalaro i wyjątkowo w tym utworze Jonny Greenwood) zabrzmiały tutaj potężnie, serwując monumentalną lawinę rytmów. Nagranie z płyty, zupełnie tego nie oddaje. 


Pożegnanie?


Największym zaskoczeniem było to, że zobaczyłem na scenie zespół, który daje z siebie 200 procent. Owszem nie brakowało problemów technicznych czy kłopotów z dźwiękiem, ale wszystko to rekompensowało zaangażowanie z jakim muzycy wykonywali kolejne utwory. Nie mogłem tylko rozgryźć czy robią to dlatego, że ustalili już między sobą, że to ostatnia trasa i trzeba się godnie pożegnać, czy może zwyczajnie powrót do Radiohead zrobił dobrze wszystkim członkom zespołu i to wcale nie koniec.


Czy zobaczyłem na scenie zespół, który mógłby nagrać jeszcze jedną płytę? Przed koncertem dawałbym na to 25 procent. Po nim już 75. Choć pewności wciąż nie mam.