Pierwszy solowy album gitarzysty Radiohead, wydany pod pseudonimem EOB krążek Earth z 2020 roku, był dla mnie lekkim rozczarowaniem. Nie pomogli nawet Flood i Alan Moulder realizujący ten materiał. Płycie zabrakło wizji i charakteru. Wypadała słabo zarówno jako zestaw piosenek (O’Brien dobrze radzi sobie w chórkach Karma Police, ale nie jest rasowym wokalistą), jak i jako album eksperymentalny. Z Earth zapamiętałem jedynie interesująco rozwijający się, hipnotyczny singiel Brasil.
Pewnie dlatego pierwsze informacje o nowym krążku O’Briena nie wzbudziły u mnie większych emocji. Spotify zrobił jednak swoje, dorzucając pojedyncze utwory z Blue Morpho na koniec albumów Paula McCartney’a, Death Cab For Cutie, Modest Mouse i kilku innych wykonawców, których akurat ostatnio słuchałem. Za każdym razem lekko się dziwiłem: Ej, a to co za numer? Później okazywało się, że to Ed, który ostatnie lata spędził na odkrywaniu nowej muzycznej drogi.
Uśmiechnięty, szukający kontaktu z publicznością, najszczęśliwszy z całej piątki - dokładnie tak zapamiętałem O’Briena z ubiegłorocznego koncertu Radiohead w Berlinie. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze chwilę wcześniej muzyk nie chciał słyszeć o powrocie grupy na scenę. W wywiadach towarzyszących trasie szczerze i otwarcie opowiadał o problemach w zespole, ciągnących się od sesji nagraniowych płyty A Moon-Shaped Pool, wypaleniu i depresji spotęgowanej przez pandemię. Gitarzysta był bliski odejścia z zespołu, z którym spędził 30 lat życia.
Najpierw opuścił jednak Londyn i przeniósł się do Walii, gdzie odnalazł spokój, żyjąc blisko natury. Z pomocą przyszła też muzyka - codzienne regularne sesje z zaprzyjaźnionymi artystami, których efektem jest Blue Morpho.
To siedem zupełnie różnych, ale bardzo spójnych brzmieniowo utworów, które nasuwają mocne skojarzenia z nu jazzem i nastrojową elektroniką spod znaku The Cinematic Orchestra. Bardzo blisko tej płycie również do Hail To The Thief, gdzie Radiohead udało się po raz kolejny wymknąć oczekiwaniom fanów. Blue Morpho ma podobny, gęsty i mroczny klimat, co płyta Radiohead z 2003 roku i równie odważnie łączy ze sobą różne gatunki muzyczne.
Utwór tytułowy zaczyna się od niepozornego motywu gitarowego, do którego dołączają nawarstwiające się głosy, a następnie melodię rozwijają mocno greenwoodowe partie orkiestry. Z kolei w Teachers główną rolę gra dynamiczny, jazzowy bas, nasuwający skojarzenia z Atoms For Peace. Pojawiają się też utwory czysto ambientowe (Solfeggio i Thin Places), a całość zamyka blisko dziesięciominutowa filmowa kompozycja Obrigado.
Dużą wartością tej płyty jest jej skład personalny. Za produkcję odpowiada Paul Epworth - ekspert od ekstraklasowego popu i gitarowej alternatywy, który odnalazł się także w klimacie eksperymentalno-ambientowym. Gdzieniegdzie przebija się flet Shabaki, znanego ze składów Sons of Kemet i The Comet Is Coming, oraz klawisze Nicka Ramma, którego możecie kojarzyć z płyty Ma Fleur zespołu The Cinematic Orchestra. W dwóch utworach gościnnie pojawia się też Phil Selway.
Dokładnie takich płyt oczekuję od muzyków z ulubionych zespołów, którzy postanawiają rozpocząć solową karierę. Niekoniecznie odkrywczych, ale wciągających, przy których pomyślę: O, tego się nie spodziewałem.