Strona główna/Recenzje/Death Cab For Cutie - I Build You a Tower
Death Cab For Cutie - I Build You a Tower
7

Recenzja płyty

Death Cab For Cutie

I Build You a Tower

10 czerwca 2026Marcin Bieniek

Death Cab For Cutie wracają z najciekawszą płytą od czasów "Kintsugi". A wszystko to w cieniu wielkich zmian.

Po ostatnich wydarzeniach wokół Death Cab For Cutie byłem przekonany, że muzycy zrobią sobie dłuższą przerwę. 


Kiedy w 2023 roku zespół zakończył trasę promującą album Asphalt Meadows, grupa niemal od razu wyruszyła na kolejne 56 koncertów. Tym razem Ben Gibbard wychodził każdego wieczoru na scenę dwukrotnie, wykonując w całości płyty Give Up swojego pobocznego projektu The Postal Service i Transatlanticism, artystycznie najważniejszy album Death Cab For Cutie. W późniejszych wywiadach Gibbard przyznawał, że było to dla niego bardzo obciążające przedsięwzięcie. Ponadto muzyk w tym samym czasie rozwodził się ze swoją żoną Rachel Demy, a jego zespół pożegnał się z Atlantic Records, dla których wydawali przez 22 lata. A to jeszcze nie wszystko.


Miałem spory problem z Asphalt Meadows, ostatnią płytą Death Cab For Cutie, na której sam zespół do końca nie wiedział czego chce. Pamiętam jak kilka dni przed jej premierą muzycy opublikowali krótką sesję akustyczną z nowym materiałem. Roman Candles, Here to Forever i pozostałe piosenki zagrane na trzy gitary wypadły świetnie i były czystym popisem melodyjnego songwritingu. Wersje studyjne były jednak ciężkie, przeładowane nie do końca trafionymi aranżacjami i cały ich urok znikł. Zespół najwyraźniej doszedł do podobnych wniosków, bo pół roku po premierze Asphalt Meadows wypuścił alternatywną wersję albumu… z piosenkami akustycznymi. 


Zamiast po tym wszystkim wyjechać na Bahamy, muzycy zamknęli się w studiu i w trzy tygodnie pod okiem Johna Congletona, wszystkie te wydarzenia przekuli w jedenasty album Death Cab For Cutie. Słychać tutaj zarówno echa wspólnej trasy z The Postal Service, trudnych osobistych przejść Bena Gibbarda, jak i wnioski wyciągnięte z lekcji, jaką było nagrywanie Asphalt Meadows. 


Grupa odpuściła sobie dekonstrukcję piosenek i postawiła na delikatne, przejrzyste aranże. Album otwiera Full of Stars - klasyczna ballada w stylu Gibbarda na głos, gitarę i pianino. Ten charakterystyczny dla grupy z Seattle smutek, w którym jest też pocieszenie, towarzyszy tej płycie do samego końca. Idąc dalej, trafiamy na momenty, które mogłyby znaleźć się na płycie Transatlanticism (Pep Talk to utwór, który rozwija się równie interesująco co Expo '86) czy na wspomniany albumie The Postal Service (oszczędne i podszyte elektronikąStone Over Water i Trap Door).


Pierwszy z singli promujących album, oparty na repetytywnym motywie numer Riptides, pokazuje, że Gibbard nadal potrafi fenomenalnie zamknąć trudne emocje w prostym wersie (These days I say goodbye without opening my mouth / I just stare into the distance til you figure it out). Takich momentów jest tutaj więcej, jak chociażby w najlepszym na płycie utworze tytułowym, w którym gitary rozmawiają ze sobą, jak na płytach zespołu z początku wieku.


I Build You a Tower nie jest to płytą wielkich zmian, ale słychać na niej, że Death Cab For Cutie odzyskali swobodę i pewność siebie. Być może to zasługa wytwórni Anti, z którą grupa związała się po opuszczeniu Warnera (Ben Gibbard z ulgą przyznał, że podczas spotkań z wydawcą nikt nie będzie już mu puszczał nowych piosenek Kid Rocka). Może po raz pierwszy od 22 lat nikt nie każe im myśleć kategoriami singli? Zeszło z nich ciśnienie i wróciły piosenki, które zawsze chcieli grać? No to grajcie je dalej.

Dodaj swoją opinię

Twoja ocena

Ładowanie komentarzy...

Jeszcze
więcej
muzyki

Relacje wideo z koncertów, najnowsze single i premiery płytowe, konkursy - to wszystko znajdziesz na naszym profilu na Instagramie.

zajrzyj na Instagram