Jack White w Krakowie

fot. David James Swanson

90 minut szkoły rock’n’rolla z Detroit. Co tu się wydarzyło?

Jack White w trakcie całego koncertu w Krakowie niewiele się odzywał. Na sam koniec pożegnał się słowami Thanks, it feels like home i wyraźnie wzruszony szedł ze sceny. Czy ta minitrasa po Polsce (kolejna i pewnie nie ostatnia) miała dla niego jakieś szczególne znaczenie? Być może. 


W marcu tego roku w wieku 95 lat zmarła matka Jacka Teresa Gillis. Jej rodzice pochodzili z Podkarpacia. Muzyk wielokrotnie podkreślał, że Polska jest mu bliska. Podczas koncertu na Torwarze w 2018 roku zaprosił mamę na scenę, a publiczność odśpiewała jej Sto lat. Niedawno we wzruszającym pożegnaniu napisał: She was the youngest of ten just like me, so we had that special bond together. Więc tak, można przypuszczać, że tegoroczny powrót do Polski na koncerty w Warszawie i Krakowie był dla niego czymś wyjątkowym. 

Jack White w Krakowie

Karierę White’a śledzę od płyty White Blood Cells, na której uczyłem się pierwszych akordów. I chociaż muzyk grał u nas wielokrotnie w różnych konfiguracjach (pamiętam jakim wydarzeniem była wizyta The White Stripes na Openerze w 2005 roku), to nie udało mi się go zobaczyć na żywo. Kiedy więc Jack ogłosił dwa klubowe koncerty w Polsce i kiedy - co ważne - udało mi się wyszarpać na jeden z nich bilety, ucieszyłem się podwójnie. 


To co muzyk zaprezentował w krakowskim klubie Studio, totalnie mnie zaskoczyło. Zespół wyszedł na scenę punktualnie o 20. i z krótkiej, szalonej improwizacji przeszedł prosto do Old Scratch Blues - numeru otwierającego ostatni album White’a No Name (który chwaliłem w recenzji tutaj). I tak mniej więcej wyglądał ten koncert. Bardzo przekrojowa setlista (od Cannon z debiutu, przez Catch Hell Blues z późniejszego okresu The White Stripes po najnowsze solowe single), zagrana głośno, szybko, piosenka po piosence. Dopiero gdzieś w 40 minucie Jack zrobił krótką przerwę na łyk wody i ruszył dalej.

Jack White w Krakowie

Szczególnie dobrze zabrzmiały piosenki z debiutu The Raconteurs - Broken Boy Soldier i Steady As She Goes. Mam do tej płyty wielki sentyment i cieszę się, że Jack zaprosił do zespołu Patricka Keelera z tamtego składu. Generalnie duży respekt dla muzyków grających w kapeli Jacka. Nie dość, że co wieczór grają inną setlistę, to jeszcze w trakcie koncertu Jack wielokrotnie wymieniał z kolegami uwagi, prawdopodobnie dokonując korekt na liście piosenek. Ci nadążali za nim bezbłędnie.


Mógłbym się przyczepić, że zabrakło kilku ważnych dla mnie piosenek (liczyłem mocno na Icky Thump, Hello Operator czy We’re Going to Be Friends), ale cały set szedł taką falą, że nawet nie zauważyłem ich nieobecności. A zagrane takie perełki, jak The Same Boy You've Always Known z White Blood Cells czy I Cut Like a Buffalo grupy The Dead Weather, sprawiły, że odpaliłem te płyty w drodze powrotnej do domu i przypomniałem sobie, jak znakomite to wydawnictwa. 


Jack White zdecydowanie jest w najlepszym miejscu swojej kariery od czasu rozwiązania The White Stripes. Gra fenomenalne koncerty na swoich zasadach. Wydaje płyty i single, których wciąż dobrze się słucha. I niech to trwa. A w Polsce zawsze będzie mile widziany.

Jeszcze
więcej
muzyki

Relacje wideo z koncertów, najnowsze single i premiery płytowe, konkursy - to wszystko znajdziesz na naszym profilu na Instagramie.

zajrzyj na Instagram