strona główna / artykuły / Rozmowa z zespołem Whitney
main image

fot. Alexa Viscius

Rozmowa z zespołem Whitney

Jak w jednej piosence połączyć inspiracje soulem, afrykańskim rockiem i Neilem Youngiem? Muzycy Whitney - gitarzysta Max Kakacek i dzielący rolę wokalisty i perkusisty Julien Ehrlich - opowiedzieli mi o szczegółach powstania ich nowej płyty Small Talk. Jednej z najlepszych jaką nagrali.

Marcin Bieniek - 31 grudnia 2025

Whitney, to pochodzący z Chicago zespół, który powstał w 2015 roku, po rozpadzie grupy Smith Westerns, która zostawił po sobie tak świetne albumy, jak Dye It Blonde z 2011 roku. 


O ich najnowszym albumie pisałem tak: Small Talk nie jest płytą nowatorską czy bardzo zaskakującą, ale głos Juliena Ehrlicha (tak, dobrze słyszeliście, śpiewa tu perkusista), ma tak ciekawą barwę, że te z pozoru proste folkowe piosenki, nabierają niezwykłego charakteru. Ma on w sobie tę samą magię, co głos Nicka Drake’a (słychać to chociażby w singlowym Dandelions) czy wspomnianego już Justina Vernona (Damage mógłby trafić na ostatnią płytę Bon Iver). 


Max i Julien bardzo chętnie zgodzili się porozmawiać ze mną o kulisach powstawania tego krążka.


Podobno w Chicago trwa teraz zima stulecia. Jest kilka świetnych płyt, które powstały w zimowych warunkach, jak debiuty Bon Iver. Czy takie warunki pogodowe mogą być dla was inspirujące?


Max Kakacek: Zimą zdecydowanie łatwiej jest zaszyć się w domu i pracować w skupieniu nad muzyką. Ale zazwyczaj wszystko co wtedy komponujesz jest mocno depresyjne. Nasz nowy album Small Talk powstawał na przestrzeni półtora roku, więc zima też jest jego częścią. 


Julien Ehrlich: Tak, zimą zdecydowanie trudniej o radosne kompozycje. Wydaje mi się, że nasze najlepsze płyty zawsze powstawały wiosną. Sesja do Small Talk była długa, ale bardzo owocna.


Chicago ma kilka muzycznych ikon, jak Billy Corgan czy Jeff Tweedy. Jak dzisiaj wygląda scena muzyczna tego miasta?  


Max: Jest bardzo zróżnicowana, ale wszyscy trzymamy się razem. Gdy dorastałem Billy Corgan nie wydawał mi się tak ważną postacią w Chicago. Myślę, że ostatnio udziela znacznie więcej wywiadów i jest bardziej obecny. Ogólnie to ciekawe w jaki sposób potoczyła się jego kariera. Corgan i Tweedy, to bez wątpienia dwa największe rockowe towary eksportowe z tego miasta. Jestem ciekawy kto będzie następny.


Założyliście Whitney w 2015 roku, po rozpadzie waszej wcześniejszej grupy Smith Westerns. Od tamtej pory obaj nie tylko przyjaźnicie się i tworzycie muzykę, ale nawet mieszkacie razem. 


Julien: I to tłumaczy dlaczego wciąż jesteśmy zespołem. Mimo, że w składzie Whitney jest siedmiu muzyków, to wszyscy świetnie się dogadujemy. Na przestrzeni dziesięciu lat może jedna czy dwie osoby odeszły. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, po prostu. Mamy wyjątkową nić porozumienia - kiedy komponujemy nie rozmawiamy ze sobą zbyt dużo. Każdy z nas instynktownie czuje, co i w jakim momencie powinien zagrać.

Mieszkaliśmy niedaleko polskiej dzielnicy. Chodziliśmy do rodzinnej polskiej restauracji.

Na waszym poprzednim albumie Spark, eksperymentowaliście z popem i muzyką elektroniczną. Na Small Talk postanowiliście wrócić do waszych korzeni, do folkowo-rockowego brzmienia znanego z debiutu. 


Max: Ten kierunek pojawił się naturalnie, kiedy tylko zaczęliśmy prace nad płytą. W przypadku albumu Spark eksperymentowaliśmy z rozwiązaniami, które były dla nas zupełnie nowe. Przy Small Talk wróciliśmy do instrumentów, które zainspirowały nas do założenia zespołu. Po prostu wróciliśmy do naszych początków.


Album Spark zebrał mieszane opinie, byliście z niego zadowoleni? 


Julien: Tak i to bardzo. Osobiście bardzo lubię, kiedy zespół lub artysta, po wydaniu kilku płyt, nagle zmienia kierunek i próbuje nowych rozwiązań. To dobrze jeśli ktoś nieustannie szuka nowych źródeł inspiracji. Ale z drugiej strony rozumiem dlaczego Spark podzielił słuchaczy. Zarzucano nam, że nie brzmimy już jak Whitney. Z perspektywy czasu uważam, że te piosenki się bronią. Kocham ten album. 


Album Spark komponowaliście w Portland, nagrania zrealizowaliście w studiu w Texasie. Tym razem pracowaliście nad albumem w waszym mieszkaniu w Chicago. Czy miejsce, w którym tworzycie ma dla was znaczenie?


Max: Tak, chociaż na każdej z naszych płyt pojawia się sporo elementów, które powstały i zostały nagrane w naszym mieszkaniu. W przypadku Small Talk bardzo duża część materiału powstała właśnie tutaj, w naszym domowym studiu. Nagrywaliśmy tu zarówno partie gitar, jak i partie smyczków i sekcji dętej. 


Co na to wasi sąsiedzi? 


Max: Są bardzo wyrozumiali, nie mieliśmy dotąd z nimi żadnych kłopotów. Mamy tu wszystko, łącznie z perkusją, zobacz… (muzycy pokazali mi fragment mieszkania, w którym na środku salonu faktycznie stała rozstawiona perkusja i cała masa sprzętu nagraniowego)


Wygląda to świetnie, ja na pewno bym nie narzekał. 


Julien: Sąsiedzi zwrócili nam uwagę chyba tylko raz, gdy graliśmy głośno o północy. Ale jesteśmy już po trzydziestce i nie zarywamy tak często nocy. Obecnie staramy się grać w ciągu dnia, kiedy wszyscy są w pracy. 


Właśnie przygotowujecie się do trasy, w ramach której odwiedzicie też o Europę. W nowych piosenkach, jak Dandelions  czy Evangeline, słychać sporo warstw - mamy tu nakładające się wokale, gitary, smyczki, instrumenty dęte. Jak planujecie odtworzyć to brzmienie na żywo?


Max: Zagraliśmy ostatnio dwa premierowe koncerty w Chicago i Nowym Jorku, gdzie wykonaliśmy nową płytę w całości. Tydzień wcześniej spotkaliśmy się na pierwszej próbie od ośmiu miesięcy. Musieliśmy zmierzyć się z tym materiałem i nauczyć się go grać na żywo. Okazało się, że nawet bez sekcji smyczkowej, piosenki nadal brzmiały bardzo bogato. Nasz nowy materiał zdecydowanie wyróżnia się na tle koncertowej setlisty. W lutym przyjeżdżamy do Europy na cały miesiąc, ale niestety nie ma naszej trasie Polski.  


Julien: Nigdy u was nie byliśmy, ale bardzo chcemy zagrać w Polsce. 


Może nie byliście nigdy w Polsce, ale wiecie jakie jest największe polskie miasto poza granicami?


Julien: Tak, Chicago. 


Max: Mieszkaliśmy niedaleko polskiej dzielnicy. Chodziliśmy do rodzinnej polskiej restauracji. Niestety zamknęła się dwa lata temu

Nasz nowy materiał zdecydowanie wyróżnia się na tle koncertowej setlisty.

Jesteście nietypowym zespołem, w którym Julian śpiewa i… gra na perkusji. Co było u ciebie pierwsze - perkusja czy śpiew?


Julien: Bębny. Na pewno dużo śpiewałem będąc małym dzieckiem, ale zacząłem grać na perkusji jeszcze zanim nauczyłem się mówić. 


Kiedy odkryłeś, że twój głos ma wyjątkową barwę?


Julien: Dopiero w momencie, gdy założyliśmy Whitney. Na samym początku nagraliśmy proste demo, na którym zaśpiewałem. Obaj zauważyliśmy, że mój falset idealnie pasuje do naszych nowych piosenek. Było w nim coś świeżego. I właśnie z tego wyrosło Whitney.


Na Small Talk słychać mocne wpływy soulu. Czy w trakcie pisania piosenek inspirowaliście się jakimiś konkretnymi albumami lub artystami?


Max: Praktycznie w każdej piosence pojawiają się różne inspiracje. Dla przykładu w Evangeline wers brzmi jak stara rockowa piosenka z Zambii, a refren jak fragment jednej z epickich numerów Neila Younga, z bogatą orkiestracją. Generalnie jeśli chodzi o brzmienie bębnów, wzorowaliśmy się na płyta Ala Greena. Może dlatego nasze nowe piosenki mają klimat starych płyt, klasycznych soulowych nagrań. 


Small Talk, to bez wątpienia jedna z waszych najlepszych płyt. Jakie to uczucie po 10 latach nadal nagrywać inspirujące rzeczy?


Julien: Mamy za sobą już kilka wywiadów dotyczących płyty i większość osób ją chwali. Przy poprzednim albumie było inaczej. To dobry znak.