Rozmowa z The Twilight Sad

fot. Abbey Raymonde

The Twilight Sad wracają z najcięższym i najbardziej osobistym albumem w swojej karierze. James Graham opowiada o żałobie, ojcostwie i współpracy z Robertem Smithem.

Właśnie wróciłem z OFF Festivalu, na którym w 2012 roku zagraliście fantastyczny koncert. Pamiętasz jeszcze ten występ?


Pamiętam, że robiliśmy próbę dźwięku w dużym namiocie. Pomyślałem wtedy: O nie, chyba nikogo tutaj nie będzie. Kiedy jednak wróciliśmy po krótkiej przerwie, namiot był pełny. Byliśmy kompletnie zaskoczeni. To jeden z najlepszych koncertów, jaki kiedykolwiek zagraliśmy. Publiczność była niesamowita. Przechodziliśmy wtedy trudny okres i bardzo potrzebowaliśmy takiego zastrzyku pewności siebie. 


Od tamtego czasu w zespole wiele się zmieniło. Ogłaszając premierę It’s the Long Goodbye - waszej pierwszej płyty od siedmiu lat - poinformowaliście, że pozostali muzycy odeszli, a ty i Andy MacFarlane będziecie kontynuować działalność jako duet. Byłeś tym zaskoczony?


Andy i ja zawsze komponowaliśmy w ten sposób, jako duet. Andy mieszka w Londynie, a ja na północnym wschodzie Szkocji. Dajemy sobie sporo przestrzeni, żeby popracować osobno. Wysyłamy sobie pomysły, a kiedy czujemy że nadszedł właściwy moment, spotykamy się w sali prób. Samotność podczas pisania bardzo mi odpowiada, bo nie boję się wtedy popełniać błędów. A te czasem mogą prowadzić do ciekawych efektów.


W moim przypadku pisanie tekstów na It’s the Long Goodbye trwało bardzo długo. Szczerze mówiąc, nigdy tak naprawdę nie wiedziałem, czy powstanie z tego płyta ani czy jeszcze kiedykolwiek będziemy zespołem. W pewnym momencie poczułem się jednak na tyle pewnie, żeby powiedzieć: Spróbujmy.


Podczas pracy nad albumem straciłeś mamę, której zadedykowaliście tę płytę, a jednocześnie na świat przyszedł twój syn. Jak te dwa przełomowe doświadczenia - utrata rodzica i wejście w rolę ojca - wpłynęły na ciebie i na te piosenki?


W 2016 roku u mojej mamy zdiagnozowano demencję. Niedługo po diagnozie jej stan zaczął się pogarszać i nie była już w stanie mówić. W tym samym czasie zostałem ojcem, zespół wydał piątą płytę i ruszyliśmy z nią w trasę. Zagraliśmy kilka niesamowitych koncertów. A później wybuchła pandemia, podczas której również straciliśmy kilka ważnych dla nas osób.


Każdy, kto przeżył podobną stratę, wie, że to niezwykle okrutny sposób odchodzenia z tego świata. Nie tylko dla chorego, lecz także dla całej rodziny. W tekstach opisałem uczuciach, które towarzyszyły mi, kiedy stopniowo traciłem mamę, choć wciąż jeszcze z nami była. Wszystko osiągnęło punkt kulminacyjny mniej więcej trzy albo cztery miesiące przed jej odejściem. Przeszedłem dość poważne załamanie, przez które musiałem odwołać duże koncerty z The Cure w Ameryce Południowej. Nigdy nie zrobiłbym tego bez naprawdę ważnego powodu.


Co pomogło ci przejść przez ten okres?


Moi synowie. Każdego dnia musiałem wstać i być ojcem. Bez względu na to, co działo się na świecie. Bez względu na to, co działo się w mojej głowie. Byłem odpowiedzialny za bycie ojcem dwóch chłopców. Ta płyta również pomogła mi wydobyć wiele ukrytych we mnie emocji. Stała się pewną formą terapii. Odkryłem też, że opowiadanie o moich przeżyciach, podczas wywiadów takich jak ten, naprawdę mi pomaga. 


Andy jest moim najlepszym przyjacielem, więc też wiedział o wszystkim, przez co przechodziłem. Andy i moja mama mieli świetny kontakt. Mama podwoziła nas na próby. Pomagała nam też w wysyłce zamówień. Robiła to z wielkim zaangażowaniem. Dopiero tydzień po tym, jak przestała się tym zajmować, dowiedziałem się, że dołączała do przesyłek krótkie, osobiste liściki, w których dziękowała ludziom za zamówienie.

Świadomość, że masz jednego z najlepszych autorów piosenek wszech czasów po drugiej stronie słuchawki czy odpisującego na twojego maila, jest czymś niewiarygodnym.

Przy pracy nad nową płytą stworzyliście w studiu małą szkocką supergrupę: na perkusji zagrał David Jeans z Arab Strap, a na basie koncertujący z Mogwai Alex Mackay. Jak wyglądała wasza współpraca?


Znam Alexa od dłuższego czasu. Kiedyś zastąpił Andy’ego podczas jednego z koncertów, gdy ten był chory. Świetnie się zrozumieliśmy, a do tego jest bardzo utalentowanym muzykiem. Jeśli chodzi o Davida, to zapytałem kiedyś Aidana z Arab Strap, który jest moim dobrym przyjacielem, czy jego zdaniem David byłby zainteresowany graniem z nami. I okazało się, że był.


Nigdy nie spotkałem nikogo, kto miałby taką obsesję na punkcie perkusji jak on. Ma w kolekcji z 300 zestawów perkusyjnych. Mówi, że czasem wchodzi do pokoju, w którym trzyma wszystkie bębny, po prostu siada i na nie patrzy, bo sprawia mu to radość. Powiedziałem mu: Stary, ty naprawdę kochasz grać na perkusji. Kiedy wiedzieliśmy już, że wszystkie dema są gotowe, weszliśmy do sali prób.


Szczerze mówiąc, nie przepadam za nagrywaniem. Uważam, że jest dosyć monotonne. Ile razy można słuchać uderzenia w werbel? Tym razem przyjechałem jednak do Londynu, usiadłem z boku i obserwowałem wszystkich przy pracy. To było jedno z bardziej niezwykłych doświadczeń — patrzeć na ludzi, których uważam za mistrzów w swoim fachu i którzy podchodzili do tej muzyki z ogromną pasją.


Nie można pominąć też Roberta Smitha, który pojawia się w trzech utworach na It’s the Long Goodbye. Jesteście blisko od wielu lat, a The Twilight Sad wielokrotnie supportowali The Cure. Jak duży był jego udział w powstawaniu tej płyty?


Już przy poprzednim albumie zaangażowaliśmy Roberta na wczesnym etapie i wysyłaliśmy mu dema. Odpisywał nam, dzieląc się swoimi pomysłami i przemyśleniami. Zawsze próbowaliśmy wprowadzić je w życie. Zamiast po prostu powiedzieć: Powinniście zrobić to w ten sposób, dawał nam pewne wskazówki i zachęcał byśmy powoli próbowali wprowadzać je w życie.


I oczywiście w dziewięciu przypadkach na dziesięć miał rację. Może nawet w dziesięciu na dziesięć. Świadomość, że masz jednego z najlepszych autorów piosenek wszech czasów po drugiej stronie słuchawki czy odpisującego na twojego maila, jest czymś niewiarygodnym. I podobnie jak David i Alex, Robert naprawdę był w ten proces zaangażowany. 


Myślę, że jest naszym największym fanem. To, co zrobił dla The Twilight Sad, jest niesamowite Szczerze mówiąc, nie sądzę też, żeby ta i poprzednia płyta powstały, gdyby nie Robert.


Zwłaszcza że najnowszy album The Cure, Songs of a Lost World, również opowiada o żałobie i stracie. Czy możliwość usłyszenia tych piosenek przed premierą płyty wpłynęła na twój sposób pisania?


Supportowaliśmy The Cure jeszcze przed premierą Songs of a Lost World. Oglądałem każdą próbę dźwięku i każdy koncert, podczas którego grali przedpremierowo utwory z tej płyty. Widok kogoś takiego jak Robert Smith, opowiadającego o żałobie, stracie i miłości, był niezwykle poruszający. Wiedziałem, że przechodzę przez coś podobnego. Bez wątpienia tamta płyta całkowicie zainspirowała kierunek, w którym musiałem podążyć.


Nowy album nagraliście w londyńskim Battery Studios, gdzie The Cure pracowali nad kilkoma swoimi wczesnymi płytami. Wiedziałeś o tym, kiedy po raz pierwszy wszedłeś do studia?


Nie wiedziałem tego, dopóki tam nie przyjechałem. Wtedy Andy zdradził mi tę tajemnicę. Byliśmy ostatnimi osobami, które korzystały z historycznej konsolety w tamtym studiu. Wydaje mi się, że dzień po zakończeniu przez nas pracy wysłano ją do Ameryki. To właśnie na niej nagrano Never Mind the Bollocks Sex Pistols i kilka innych kultowych płyt. To pomieszczenie miało zresztą ogromną historię, związaną również z takimi zespołami jak Depeche Mode.


Studio należało wcześniej do Alana Wildera i Flooda, którzy wypełnili je najróżniejszym interesującym sprzętem. Mieliście okazję z niego skorzystać?


Był tam syntezator, którego nikt nie używał, bo nawet pracownicy studia uważali, że jest zepsuty. I właściwie trochę był, ale Alex z Mogwai potraktował to jak wyzwanie i zaczął nad nim pracować. Jeśli dobrze pamiętam, tego syntezatora użyto na Violatorze. Udało mu się go uruchomić i można go usłyszeć w Waiting for the Phone Call. Mamy więc na naszej płycie syntezator z Violatora.

Uwielbiam grać na żywo i śpiewać, ale całej reszty związanej z przemysłem muzycznym, byciem w zespole i tak dalej, nienawidzę.

Wasz nowy album to znakomicie skomponowana mieszanka shoegaze’u i elektronicznych brzmień lat 80. Szczególnie dobrze słychać ją w tak świetnych utworach jak Inhospitable/Hospital. Dlaczego ta piosenka nie została jeszcze singlem?


Wydaje mi się, że była jedną z naszych propozycji. Kiedy zastanawialiśmy się, który utwór powinien promować album jako pierwszy, miałem jeden warunek: Nie obchodzi mnie, co wydarzy się później, ale „Waiting for the Phone Call” musi być pierwszą piosenką, którą wydamy. Potem właściwie pozostawiłem tę decyzję osobie odpowiedzialnej za promocję radiową.


Byłem zaskoczony, że jej nie wybrano, bo jest dość chwytliwa, pojawiają się w niej syntezatory i może stanowić chwilę wytchnienia pośród całego mroku. To jedna z moich ulubionych piosenek na płycie i myślę, że odgrywa na niej ważną rolę.


Najbardziej charakterystycznym elementem nowego albumu są jednak potężne ściany gitar, w których słychać ducha My Bloody Valentine.


Pierwsze dema, które Andy przesłał mi z myślą o tej płycie, były hałaśliwe i pełne energii. Wszystko się w nich zgadzało. Od razu pomyślałem: To będzie naprawdę dobrze brzmiało na żywo. To bardzo ciężka płyta. Naprawdę uważam, że jest najlepszą rzeczą, jaką stworzyliśmy.


Teksty również są niezwykłe — brutalnie szczere i bezpośrednie.


Kiedy dostawałem muzykę i miałem okazję nad nią popracować, wszystko po prostu ze mnie wypływało. Na przykład Waiting for the Phone Call napisałem w godzinę. Dostałem muzykę od Andy’ego, założyłem słuchawki i poszedłem na spacer po mojej małej wiosce. Wyszedłem na pola. Zanim wróciłem, miałem nagrane w telefonie właściwie wszystkie wersy.


Czyli mimo wszystkiego, przez co przechodziłeś, nie miałeś blokady twórczej?


Szczerze mówiąc, praca nad muzyką to najłatwiejsza część całego procesu. Mam poczucie, że po tym wszystkim co przeszedłem, moja głowa jest pełna pomysłów na piosenki. Każdy inny aspekt działalności zespołu jest obecnie znacznie bardziej wymagający. Uwielbiam grać na żywo i śpiewać, ale całej reszty związanej z przemysłem muzycznym, byciem w zespole i tak dalej, nienawidzę.


Czuję podobnie. Kiedyś mogłem po prostu pójść na koncert, obejrzeć go, a następnego dnia napisać recenzję. Teraz najlepiej tworzyć rolki przed występem, w jego trakcie i po nim. Wlewasz wszystkie emocje w treści do mediów społecznościowych, a na końcu nic już z nich nie zostaje.


To wysysa całe życie z tego unikalnego doświadczenia. Dla mnie nie ma w tym nic twórczego. Lubię prostsze rzeczy. Lubię móc być po prostu zwykłym człowiekiem - tak jak tutaj, kiedy ty i ja możemy po prostu porozmawiać.


Do tego wszystko jest teraz strasznie drogie. Nie mam nawet pewności, czy europejska trasa, którą właśnie zakończyliśmy, wyszła na zero. Oczywiście mimo to wyruszyliśmy w trasę, bo wiedziałem, że to ważne dla naszych słuchaczy. Nie chcę być wielki, bogaty i sławny. Chcę po prostu istnieć i nadal nagrywać płyty.


Byłem w tym roku w Dublinie i już po przylocie na lotnisku przywitały mnie ogromne zdjęcia najważniejszych irlandzkich zespołów. Irlandia zatwierdziła też program dochodu podstawowego dla części artystów. Wyraźnie widać, że państwo wspiera tam kulturę i muzykę. Jak wygląda takie wsparcie w Szkocji?


Jest Scottish Arts Council, które pomagało nam w przeszłości. Właściwie wsparło również powstanie tej płyty, przeznaczając na nią część środków. Ale brytyjski rząd? Ma to kompletnie w dupie. Sztuka po prostu nie wydaje się dla nich priorytetem.


Myślę, że jeśli zainwestujesz trochę pieniędzy w oddolną scenę muzyczną i stworzysz młodym zespołom drogę rozwoju, to wyjdą do ludzi, zdobędą popularność, a rząd będzie mógł pobierać z tego podatki. Naprawdę nie rozumiem dlaczego nie wspierać takich działań. Mam wrażenie, że sztuki nie uważa się za równie ważną jak inne sektory gospodarki, na które rząd wydaje pieniądze.


Kiedy myślę o Szkocji, przychodzą mi również do głowy zespoły, które stały się jednymi z jej najważniejszych muzycznych towarów eksportowych: Mogwai, Belle and Sebastian, Travis - a także The Twilight Sad.


Szczerze mówiąc, bez Mogwai nie bylibyśmy zespołem. Wspierali nas od samego początku, na bardzo różnych polach. Kiedy przechodziłem trudny okres, pracowałem dla Rock Action, wytwórni Mogwai. W Szkocji zawsze istniała społeczność artystów, którzy nawzajem sobie pomagają. 

Co o tym sądzisz?

Ładowanie komentarzy...

Jeszcze
więcej
muzyki

Relacje wideo z koncertów, najnowsze single i premiery płytowe, konkursy - to wszystko znajdziesz na naszym profilu na Instagramie.

zajrzyj na Instagram →

Prywatność i cookies

Używamy niezbędnych plików cookie do prawidłowego działania strony. Za Twoją zgodą możemy również korzystać z cookies analitycznych, które pomagają nam zrozumieć, jak użytkownicy korzystają z naszego portalu. Polityka prywatności