Odkąd w 2012 roku zespół Editors pożegnał się z gitarzystą Chrisem Urbanowiczem, na każdej kolejnej płycie brakowało mi interesujących gitarowych aranżacji, za które polubiłem tę grupę.
Oficjalnym powodem odejścia Chrisa były różnice artystyczne. Co się za tym kryło? Odpowiedzią może być mocny zwrot w kierunku muzyki elektronicznej, zapoczątkowany na płycie In This Light and on This Evening i szczególnie wyraźny na trzech ostatnich albumach grupy. Śledziłem te wydawnictwa, za każdym razem dawałem im szansę, ale przy krążku EBM z 2022 roku, całkowicie zdominowanym przez industrialną elektronikę, poczułem, że zespół, który nagrał The Back Room, zniknął bezpowrotnie. Było to słychać szczególnie na koncertach, podczas których nowe utwory zupełnie odstawały od Blood czy The Racing Rats.
Być może brzmi to jak narzekania fana żyjącego nadal w 2007 roku, ale wygląda na to, że Tom Smith, lider Editors, również zatęsknił za prostszym brzmieniem. W grudniu 2025 roku niespodziewanie wydał solowy album (sprawdź recenzję), na którym zaprezentował zestaw akustycznych piosenek, bardzo zbliżonych do pierwszych nagrań demo i akustycznych sesji, jakie zespół Editors grał 20 lat wcześniej. Smith ruszył z nowym materiałem w trasę i obserwując go w wywiadach czułem, że jest w bardzo dobrym dla siebie miejscu. Słuchając takich numerów jak Life Is For Living czy Leave pomyślałem, że byłby to bardzo dobry początek, nowej bardzo dobrej płyty Editors.
Tom musiał napisać więcej podobnego materiału, bo w połowie europejskiej trasy, równie niespodziewanie, zapowiedział wydanie nowego albumu swojego zespołu.
Pierwszym zwiastunem Surface, Echo & Sound był singiel Call It In, na którym Editors brzmią jak za dawnych lat. To rozpędzony, zamknięty w trzech minutach gitarowy numer, ze świetnym refrenem i ciekawie rozłożonymi akcentami. W ślad za nim poszedł drugi singiel The Rush, równie dynamiczny i melodyjny, z charakterystycznym motywem granym na mandolinie. Numer ten brzmi, jak hołd dla Petera Bucka i R.E.M. - zespołu szczególnie bliskiego Tomowi. W końcu to po ich koncercie w wieku 15 lat postanowił zająć się muzyką i wielokrotnie wyrażał się o nich ciepło, za co R.E.M. odwdzięczyli się coverem piosenki Bullets. Ostatni z singli wydanych przed premierą, zatytułowany Seriously, potwierdził, że czeka nas album zdominowany przez gitary.
Słuchając Surface, Echo & Sound, czułem to samo, co przy odsłuchu najnowszej płyty Interpol (sprawdź recenzję). Oto zespół, który po odejściu jednego z założycieli i latach spędzonych na eksperymentowaniu, wrócił do dawnego brzmienia. I tylko na tym zyskał. Nie spodziewałem się, że w 2026 roku usłyszę trzy mocne gitarowe single od Editors. Po przesłuchaniu płyty jestem pewny, że do promujących ją utworów wkrótce dołączą napędzane pulsującym basem Much Love i pełen radości numer Rescue. No właśnie - pod względem emocji nowy krążek Editors stanowi rewers The Back Room, co widać już po samych tytułach. O ile tam dominowały niepokój i smutek, o tyle Surface, Echo & Sound jest płytą z dużą dawką nadziei. Nawet The Hills We Died Upon - balladowy wyciskacz łez, obowiązkowy punkt każdej płyty Editors - ma w sobie coś pozytywnego.
Czego brakuje mi na tym albumie? Jakiegoś wyraźniejszego przełamania, nieszablonowej i zaskakującej kompozycji - takiej jak Camera z debiutu, Spiders z An End Has a Start czy The Weight z The Weight of Your Love. Większość piosenek jest tu utrzymana w typowym schemacie zwrotka-refren, a wiadomo, że panowie potrafią zaskoczyć nietypową strukturą piosenki. Trzymam kciuki za to, by poszli tym śladem na kolejnej płycie.
Surface, Echo & Sound to zdecydowanie najciekawszy i najbardziej spójny album Editors od wydania An End Has a Start. Wróciły gitary i emocje, za które polubiłem ten zespół.

Dodaj swoją opinię
Ładowanie komentarzy...