Bez większych niespodzianek
Poszczęściło się w tym roku Arturowi Rojkowi i ekipie organizującej OFF Festival. Po pierwsze, na Dolinę Trzech Stawów podczas trwania imprezy nie spadła w tym roku ani jedna kropla deszczu (we wcześniejszych latach przynajmniej jeden headliner kończył koncert w strugach deszczu). Po drugie - poza The Drums, którzy zdążyli odwołać swój przyjazd tuż po ogłoszeniu - nikt nie wypadł z programu imprezy. Grupa Wednesday, która z powodu aktywności wulkanu utknęła na Sycylii, zdążyła dolecieć i wystąpić ostatniego dnia festiwalu. Nie zniechęciła ich nawet zmiana z wieczornego slotu na dużej scenie w sobotę na koncert w niedzielę o 16:00, na mniejszej scenie Orlen leśnej.
Organizatorom udało się dopiąć naprawdę interesujący program, zdecydowanie najciekawszy od lat. Pomyłek w stylu Romy (najgorszy dj set w historii?) czy Natalie Bergman, która zakończyła swój solowy country act po 20 minutach, było tu naprawdę niewiele. W tym roku, poza fatalnym koncertem Saam Sultan, który ledwo nadążał za playbackiem, nie naliczyłem większych wpadek. Początkowo miałem pewne wątpliwości co do Current Joys, anonimowego dla mnie gitarowego zespołu z USA, którego piosenki na Spotify wykręcają po prawie po pół miliarda (!) odsłuchów, ale niepotrzebnie. Ku mojemu zaskoczeniu Nick Rattigan i jego ekipa dali bardzo dobry indierockowy koncert, który przykuł moją uwagę.
Co dalej?
Jedyna rzecz, która mnie martwi, to fakt że wraz ze wzrostem cen biletów (które powoli dobijają do ceny czterodniowego Openera), sama infrastruktura OFF Festivalu od jakiegoś czasu się zwija. Trzy lata temu pożegnaliśmy Kawiarnię Literacką, w miejsce której wskoczyła scena jazzowa (tę zmianę jestem w stanie zrozumieć). W ubiegłym roku zrezygnowano ze strefy dla rodzin z dziećmi (szkoda, była ważnym punktem dla młodszych festiwalowiczów). W tym roku zniknęło pole namiotowe. O braku parkingu czy kartki A4 z programem nie wspomnę.
Martwi mnie to tylko z jednego powodu - oferta festiwalowa w Polsce robi się naprawdę bogata. W przyszłym roku w lipcu czeka nas dodatkowo pierwsza edycja Messt Festivalu (też w Dolinie Trzech Stawów), a tydzień po OFF Festiwalu o headlinerów powalczą Bittersweet i Orange Warsaw Festival. OFF nie jest dużą imprezą i póki co może liczyć na oddaną grupę uczestników, pytanie jednak: na jak długo?
Dla porównania polecam sprawdzić, jak rozwija się festiwal Pop Messe w Brnie, odbywający się od zeszłego roku w tym samym czasie co OFF.
No, ale do rzeczy. Oto osiem najciekawszych koncertów tegorocznej edycji. Oczywiście wybranych spośród tych, które widziałem. Z różnych względów nie dotarłem na bardzo chwalone Współgłosy - nagrodzony Fryderykiem projekt tworzony przez muzyków jazzowych i osoby z niepełnosprawnościami oraz Wednesday, indierockową kapelę, która wypełniła miejsce po świetnym ubiegłorocznym koncercie MJ Lendermana (również członek Wednesday, który choć nie koncertuje z dawnym zespołem, to nadal nagrywa z nimi w studiu). Bardzo blisko finałowej listy byli Deafheaven, którzy powalili mnie swoim perfekcyjnym brzmieniem oraz Earl Sweatshirt - takich hiphopowych setów, w których jest wszystko - dobry beat, flow i masa talentu, proszę jak najwięcej.
8. Oklou
Sobota, scena leśna
Oto idealny przykład, jak przy użyciu minimum środków stworzyć absolutnie hipnotyzujące widowisko. Po przesłuchaniu choke enough spodziewałem się dość przewidywalnego występu na zasadzie: podkład z laptopa plus dużo autotune’a na wokalu. Tymczasem był to precyzyjnie wyreżyserowany spektakl, w którym artystka wykorzystywała każdy z dostępnych elementów - od dymu i świateł, przez układ sceny, po odpowiednio przefiltrowane nagrania wideo, rejestrowane i wyświetlane na żywo. Jej głos wypadł jeszcze bardziej intrygująco niż na płycie - miał w sobie coś jednocześnie anielskiego i mechanicznego. W trakcie występu Oklou naszła mnie myśl, że tak właśnie brzmiałaby Billie Eilish, gdyby zależało jej przede wszystkim na muzyce.
7. Getdown Services
Niedziela, scena ekspertymentalna
Na płytach duetu z Mindhead połączenie gitarowych riffów T. Rex z taneczną energią LCD Soundsystem sprawdza się całkiem nieźle, ale na koncertach… o matko. W Katowicach panowie ściągnęli koszulki i zagrali najbardziej szalone karaoke, na jakim byłem. Prawie cały podkład muzyczny szedł z taśmy, ale nie miało to żadnego znaczenia, w centrum i tak byli Josh i Ben oraz ich niezwykły performance. Co tu dużo mówić - rozkręcili na scenie eksperymentalnej jedną z najlepszych imprez, jakie pamięta to miejsce. Na przyszłość proszę jeszcze więcej tej koncertowej energii na płytach.
6. Céline Dessberg
Piątek, scena Trójki
Na mniejszych scenach OFF Festivalu często bywa tak, że artyści są mocno zaskoczeni liczną i żywiołowo reagującą publicznością. Na ile w tym pozy, a na ile szczerego niedowierzania? Czasem ciężko to stwierdzić, ale w przypadku Céline Dessberg taka właśnie reakcja była zdecydowanie szczera. Artystka, której muzyka sytuuje się gdzieś pomiędzy art-folkiem Aldous Harding a subtelnością francuskiego popu (dokładając do tego brzmienie tradycyjnej mongolskiej yatgi), kilkakrotnie podkreślała, że jeszcze nie grali dotąd dla tak dużej publiki. Trema jednak jej nie zjadła, jej głos zabrzmiał równie fenomenalnie, jak na płytach.
5. Arthur Verocai i orkiestra AUKSO
Sobota, scena główna
O to chodzi w muzyce. Legendarny brazylijski kompozytor, którego debiutancki album z lat 70. po latach odkryli m.in. MF DOOM i Thundercat, przyjechał do Europy, żeby zagrać go z orkiestrą AUKSO z Tychów. To był prawdziwy zaszczyt obserwować, jak 81-letni muzyk, który na scenę wjechał na wózku i dla którego był to niewątpliwie duży wysiłek, dyryguje orkiestrą z drugiego końca świata, ożywiając swoje utwory sprzed lat. Pomogła mu w tym para wokalistów, a i on sam pokusił się o zaśpiewanie Caboclo - utworu otwierającego wspomniany album. Efekt? Chyba nikt podczas tegorocznej edycji OFF Festivalu nie zebrał tak dużych owacji. Wyraźnie wzruszony Verocai wskazywał bezradnie na zegarek, dając do zrozumienia, że chętnie grałby dalej, ale czas nie pozwala.
4. Johnny Marr
Niedziela, scena główna
Podchodziłem do tego koncertu z lekkim dystansem. The Smiths kocham, znam solowe płyty Marra, ale gitarzyści grający drugoplanową rolę w swoim zespole rzadko kiedy sprawdzają się w roli frontmanów (patrz: Noel Gallagher). Uprzejmie donoszę, że tym razem bardzo się myliłem. Johnny wszedł na scenę przy zachodzącym słońcu i już na wysokości drugiego utworu Generate! Generate! porwał całą publiczność. Jego głos w piosenkach The Smiths zupełnie mi nie przeszkadzał, zresztą skupiałem się bardziej na partiach gitary. Usłyszeć na żywo tremolo z How Soon Is Now grane przez autora - bezcenne. Tak samo jak odśpiewanie ze wszystkimi na finał There Is A Light That Never Goes Out (o ironio przy fragmencie - If double decker bus crashes into us kilka metrów od sceny przeleciał mały samolot z pobliskiego lotniska).
3. The Flaming Lips
Piątek, scena główna
Z pierwszego koncertu ekipy Wayne’a Coyne’a na OFF Festivalu w 2010 roku zapamiętałem przede wszystkim wielkie roboty, konfetti i wokalistę zamkniętego w dmuchanej kuli. Piosenki? Te gdzieś mi umknęły, przysłonięte efektowną oprawą. W kolejnych latach nadrabiałem dyskografię zespołu i do kilku płyt, w tym Yoshimi Battles the Pink Robots, wracam dziś regularnie. Trochę obawiałem się, jak w Katowicach zabrzmią detale, z których utkany jest ten album, ale zupełnie niepotrzebnie - nawet takie In the Morning of the Magicans wybrzmiał w Katowicach perfekcyjnie. Może Wayne z początku wydawał się lekko spięty i pogubiony, głos mu się trząsł, ale w końcu złapał właściwy rytm i poprowadził koncert wzorowo.
2. Nu Genea
Niedziela, scena leśna
Wiesz co, brakuje mi tu zespołu, który rozkręciłby imprezę - pożalił się mój znajomy na zakończenie drugiego dnia festiwalu. Prośby zostały wysłuchane w niedzielę, podczas koncertu włoskiego zespołu Nu Genea, który w wersji koncertowej rozrasta się do kilkuosobowego składu z jazzowymi instrumentalistami i czterema wokalistkami. W swojej muzyce mieszają funk, jazz i disco, czego w pełni doświadczyliśmy w Katowicach. Trafiłem pod scenę akurat w momencie kiedy wśród publiczności tworzył się długi pociąg, krążący dookoła w rytm muzyki. Tak jest, to była jedna wielka jazda. Momentami czułem się jak bohater włoskiego kina, pędzący Fiatem 500 po włoskich bezdrożach. Fantastyczne i zaskakujące przeżycie.
1. Sunny Day Real Estate
Niedziela, scena główna
Nie wiem, jakich argumentów użyli organizatorzy, że udało im się ściągnąć SDRE do Polski. Stojąc pod sceną słyszałem język włoski, niemiecki, francuski… i trudno się temu dziwić. Kultowa grupa z Seattle nigdy w swojej karierze nie koncertowała w żadnym z tych krajów. Poza UK i Irlandią pojawili się w Europie tylko jeden raz, w 2010 roku na festiwalu Primavera w Barcelonie. Byłem tam wtedy i do dzisiaj jest to jeden z najlepszych koncertów jakie przeżyłem. Grupa, jeszcze z Natem Mendelem w składzie (obecnie już tylko Foo Fighters), zabrzmiała perfekcyjnie.
Minęło 16 lat i SDRE przyjechali do Katowic. Zespół wystąpił na zakończenie festiwalu grając koncert zupełnie inny od show Flaming Lips czy Yung Lean & Bladee. Na scenie zobaczyliśmy kilka wzmacniaczy, proste światła i pięciu facetów grających piosenki z potężnym ładunkiem emocji. Dynamika tego koncertu, brzmienie gitar, dobór utworów (bardzo przekrojowy, z mocną dawką Diary) i forma wokalna Jeremy’ego (czas się dla niego zatrzymał w latach 90.) - wszystko to sprawiło, że był to bez wątpienia najlepszy koncert festiwalu.
Wysokie miejsce na podium najlepszych zespołów koncertowych, jakie widziałem utrzymane.
Co o tym sądzisz?
Ładowanie komentarzy...