Wiem, że Artur Rojek ma sporą grupę fanów, którzy liczą na to, że każdy jego kolejny album będzie mocno gitarowy, jak najlepsze płyty Myslovitz. Na trzecim solowym krążku potwierdza jednak, że to się już raczej nie wydarzy. Dostaliśmy za to coś o wiele ciekawszego.
Żeby zrozumieć w jakim kierunku poszła solowa kariera Artura, wystarczy przypomnieć sobie jakie piosenki komponował pod koniec działalności w dawnym zespole. Jesteś moim będziesz i W drodze z filmu Hania, Lato 76, wykonane w 2007 roku podczas Offsesji w Trójce, czy Przypadek Hermana Rotha z albumu Nieważne jak wysoko jesteśmy… - wszystkie są bardzo osobiste, intymne i delikatne. I choć na dotychczasowych dwóch solowych płytach muzyka na pierwszy plan wysuwały się dynamiczne, singlowe numery (Beksa i Syreny na debiucie, Bez końca i Sportowe życie na Kundlu), to pod ich powierzchnią, szczególnie w tekstach, dominuje melancholia i refleksja.
Na trzecim solowym albumie Rojka słychać to szczególnie mocno. Po jego przesłuchaniu czułem się, jak po obejrzeniu przejmującego dramatu. Trzymałem się dzielnie przez większość płyty, ale na wysokości piosenki Nauka tęsknoty, w której Rojek i Kortez śpiewają takie wersy, jak: Pozwól mi popełnić błąd / Nie krzycz na mnie, nie szarp mną / Chcesz mnie uczyć, rób to tak / Żebym kiedyś kochał świat, coś we mnie pękło. Nie pamiętam, żeby którakolwiek polska płyta wcześniej tak na mnie zadziałała - no może utwór tytułowy z płyty Bumerang Korteza, utrzymany w podobnym tonie.
Nauka tęsknoty, to jeden z dwóch nowych utworów, które Artur zagrał premierowo podczas Cavatina Guitar Festival w maju tego roku i pamiętam, że tam również pod koniec sporo osób nie ukrywało wzruszenia. To zresztą nie jedyny tak mocny fragment na tym krążku. W Gruby, mały autor wraca do dzieciństwa i bolesnego doświadczenia przemocy rówieśniczej. Mówiłem ci to już opowiada z obawach związanych z wejścia w rolę ojca, a W objęciach - o próbie budowania związku. Każdy z tych tekstów wygląda jak wpis z pamiętnika autora, do którego pozwala nam zajrzeć.
Po premierzy piosenki Gruby, mały, która była pierwszym zwiastunem krążka, miałem lekkie obawy, czy muzycznie nie dostaniemy powtórki z debiutu. Numer brzmiał jak połączenie Beksy i Syren. Cała płyta zabiera nas jednak w zupełnie inne rejony. Sporo tu wrażliwości znanej z wydawnictw Kings of Convenience i solowych płyt Erlenda Øye. Dominuje bardzo wysmakowany indie pop, wzbogacony filmowymi aranżacjami Zbigniewa Preisnera (Sophia Loren Słupnej Park, Mirafiori). Pojawiają się też drobne eksperymenty: w W dziale na S słychać przester, a w Splątanych włosach akustyczny krajobraz płyty ubarwiają klawisze i syntezatory.
Choć album powstawał kolektywnie - poza wymienionym Kortezem i Preisnerem, udział w nim wzięli m.in. Dawid Podsiadło, Ania Dąbrowska i zespół Lor - Chciałbym urodzić się żeby latałem jest najbardziej spójną brzmieniowo płytą Rojka. Duża w tym zasługa producenta Olka Świerkota, który dwadzieścia lat temu supportował ze swoim zespołem Myslovitz na koncertach, a dziś objeżdża polskie stadiony jako fundament zespołu Dawida Podsiadły. Zaskoczyło mnie, jak ambitnie podszedł do tego projektu i wyszedł poza wypracowane dotąd schematy. Ten album nie brzmi jak żadna z jego wcześniejszych produkcji. Nie znajdziecie tu znajomych patentów z płyt Podsiadły, Kaśki Sochackiej czy Korteza. Jest za to mnóstwo drobnych detali, które nadają poszczególnym utworom własny charakter.
Chciałbym urodzić się żeby latałem jest bez wątpienia najmocniejszą, najbardziej szczerą i bezpośrednią płytą Rojka. To jednocześnie jego najciekawsze muzycznie solowe wydawnictwo, które brzmi jak początek nowej, ciekawej drogi.
Dodaj swoją opinię
Ładowanie komentarzy...