Strona główna/Recenzje/Francis of Delirium - Run, Run Pure Beauty
Francis of Delirium  - Run, Run Pure Beauty
8

Recenzja płyty

Francis of Delirium

Run, Run Pure Beauty

10 września 2026Marcin Bieniek

Pochodzą z Luksemburga, a brzmią jak z Seattle. Jedna z gitarowych płyt roku.

Raz na jakiś czas trafia się debiut, który brzmi jak początek nowej, fascynującej kariery. Tak było w przypadku wydanej w 2024 roku płyty Lighthouse zespołu Francis of Delirium, na czele którego stoi Jana Bahrich - młoda, urodzona w Kanadzie, a obecnie mieszkająca w Luksemburgu wokalistka i gitarzystka. 


Moją uwagę przykuły single Blue Tuesday i First Touch. Każdy z nich to pełna niuansów mieszanka dream popu i indie rocka, w których słychać raczej konkretnie nakierowane inspiracje - od Weezera po Alanis Morissette. Skojarzenia z boygenius też są na miejscu - dwa utwory na Lighthouse wyprodukowała Catherine Marks, która czuwała nad brzmieniem debiutu supergrupy. A i głos Jany ma w sobie coś z wokalu Lucy Dacus. Bogate, rozłożyste melodie i charakterystyczny śpiew liderki zespołu, który ciekawie balansuje między delikatnością a krzykiem, sprawiły, że Lighthouse znalazł się w czołówce moich ulubionych płyt 2024 roku. 


Dałem Francis of Delirium spory kredyt zaufania, ale jednocześnie czułem, że ten jeden album to trochę za mało. Żeby w pełni uwierzyć w ich talent potrzebowałem drugiej, równie udanej płyty.


W oczekiwaniu na nowy materiał zacząłem drążyć temat. Pytanie o to, jak młody zespół z Luksemburga może brzmieć tak dojrzale i amerykańsko, nie dawało mi spokoju. Rozwiązanie tej zagadki było jednak dość proste. Francis of Delirium to projekt, który powstał w około 2020 roku z inicjatywy Jany i starszego od niej o 30 lat perkusisty i producenta Chrisa Hewetta, który do Luksemburga przeprowadził się z… Seattle. Hewett, którego córki chodziły z Janą do szkoły, zauważył ją na lokalnym przeglądzie zespołów i zaproponował współpracę.


Oboje od samego początku tworzą i nagrywają piosenki w domowym studiu Chrisa. Muzyk nie występuje jednak z Janą na koncertach. Na żywo Francis of Delirium gra jako klasyczne rockowe trio i od początku sporo koncertuje. Zespół ma za sobą trasy w Europie i USA oraz występy w roli supportu przed gwiazdami odwiedzającymi Luksemburg (m.in. wspomniana Alanis Morissette i Kings of Leon). Hewett podkreśla także, że to Jana przynosi pomysły, stale eksperymentuje i potrafi spędzić w studiu długie godziny, pracując nad ostatecznym kształtem utworów. 


Słuchając drugiego albumu Francis of Delirium, Run, Run Pure Beauty, jestem w stanie w to uwierzyć. To krok naprzód - piosenki są bardziej różnorodne, produkcja i miksy bardziej dopracowane, a głos Jany brzmi dojrzalej. Za brzmienie płyty odpowiada Nicolas Vernhes, który współpracował m.in. z Animal Collective, Spoon i The War on Drugs.


W otwierającym płytę Aliens, słyszymy sekcję dętą, po której wjeżdża jazgotliwa weezerowa gitara. Wokal przechodzi tutaj od chóralnego śpiewu do szeptu. To świetne dwuminutowe otwarcie, w którym Jana ma ręce pełne roboty - śpiewa, gra na gitarze, skrzypcach i waltorni. Słychać, że włożyła w tę płytę ogrom pracy. Dalej dostajemy serię utworów o dużym singlowym potencjale. Wyróżniają się wśród nich Out Tonight, w którym delikatny głos stanowi świetny kontrapunkt dla gitar hałasujących w refrenie, oraz Higher, który brzmi jak pisany pod występy na wielkich stadionach.


Jeśli chodzi o teksty, to Jana śpiewa o relacjach z bliskimi, życiowych zmianach i źle podjętych decyzjach. Są to szczere wyznania 25-latki. Pojawiają się też portrety osób i miejsc podpatrzonych w trasie (Lovers on a park bench at the end of a fight / Packing up their things, no kiss goodnight I Piano playing Philip Glass).


Co ciekawe, właściwe single trafiły na stronę B płyty i przeplatane są nieco bardziej swobodnym, wręcz eksperymentalnym charakterze. Warto zwrócić uwagę szczególnie na dwa fragmenty - Open Up Your Mouth to Love i Requiem for a Dying Day. W obu najciekawsze rzeczy dzieją się pod sam koniec, gdzie znika podział na zwrotkę i refren, a całość brzmi jak ekscytujące nagranie z próby, kiedy zespół niesiony utworem zaczyna improwizowac i nie ma zamiaru skończyć. Pierwszy stopniowo narasta, wybuchając w finale eksplozją przesterów. Drugi idzie w przeciwnym kierunku, stopniowo się wyciszając.


To album na mocną ósemkę - bez wielkich odkryć, za to z kilkoma rewelacyjnymi piosenkami zakorzenionymi w latach 90. Świetnie zagrany i wyprodukowany, dzięki swojej różnorodności trzyma w napięciu do samego końca. 

Dodaj swoją opinię

Twoja ocena

Ładowanie komentarzy...

Jeszcze
więcej
muzyki

Relacje wideo z koncertów, najnowsze single i premiery płytowe, konkursy - to wszystko znajdziesz na naszym profilu na Instagramie.

zajrzyj na Instagram

Prywatność i cookies

Używamy niezbędnych plików cookie do prawidłowego działania strony. Za Twoją zgodą możemy również korzystać z cookies analitycznych, które pomagają nam zrozumieć, jak użytkownicy korzystają z naszego portalu. Polityka prywatności