Moby wrócił do Polski po długiej przerwie. Muzyk grał u nas już czterokrotnie, po raz ostatni w 2011 roku na Orange Warsaw Festival. Tym razem udało się ściągnąć go na pełnowymiarowy niefestiwalowy koncert.
Ucieszyła mnie ta informacja. Śledzę karierę Moby’ego od czasów Play i nie widziałem go jak dotąd na żywo. I chociaż muzycznie w ostatnich latach raczej nie zaskakiwał (poza małym wyjątkiem w postaci niedocenionej płyty Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt z 2018 roku - rzecz na poziomie 18), to koncertowo jest w świetnej formie. Pokazał to w kwietniu na Coachelli, gdzie zagrał mocny set napakowany przebojami z przełomu wieków. Natural Blues, w którym gościnnie zaśpiewał Jacob Lusk, z pewnością przejdzie do historii jako jedno z najlepszych wykonań tego festiwalu.
Czwartego sierpnia Moby pojawił się na Letniej Scenie Progresji już bez wokalisty Gabriels, ale z równie interesującym składem. Towarzyszyły mu wokalistki Nadia Christine Duggin i India Carney, które dość wiernie odtwarzały soulowe sample, na których Moby oparł swoje największe przeboje (no może we wspomnianym Natural Blues zabrakło im trochę tchu, ale Flower połączony z Find My Baby wypadł rewelacyjnie). Do tego grający na klawiszach Jonathan Nesvadb, którego Moby przedstawił jako dyrektor muzyczny projektu i sekcja smyczkowa, dzięki której Porcelain zabrzmiało tak jak powinno (na trasie z okazji 25-lecia Play, Moby grał ten numer na gitarze i czegoś mu ewidentnie brakowało).
W roli supportu wystąpił pochodzący ze Szczecina elektroniczny duet NEWSKIN, który w ubiegłym roku debiutował płytą RESONANCE. Panowie zaprezentowali bardzo przyjemny set, który świetnie wpasował się w to, co chwilę później zaprezentowała gwiazda wieczoru. Co prawda Moby zaczął swój koncert od gitarowego Body rock, ale nie da się ukryć, że cały występ i nowe aranżacje niektórych utworów, miały mocno taneczny charakter. Już na starcie pojawiły się Go (zadedykowane Davidowi Lynchowi) i Next Is the E, z wplecionym fragmentem Without Me Eminema - najważniejsze utwory okresu techno Moby’ego. Ale i późniejsze We Are All Made of Stars czy Extreme Ways, również miały dyskotekowy charakter.
Jeśli chodzi o setlistę, to była ona skrojona zupełnie jak na ubiegłorocznej trasie Oasis - żadnych wycieczek w późniejsze albumy, żadnych eksperymentów. Gdzieniegdzie zwolniono tempo (Why Dies My Heat Feeling So Bad), pojawił się też cover Heroes Bowiego, ale to wszystko nadal miało charakter bardzo klasycznego the best of. Dla kogoś kto widział Moby’ego na żywo po raz pierwszy na pewno był to koncert życzeń.
Dużym zaskoczeniem było, to jak dużo Moby daje z siebie na scenie. Biegał przez cały występ od lewej do prawej, z mała przerwą na wyświetlaną na ekranach prezentację dotycząca Jane Goodall - słynnej brytyjskiej badaczki przyrody oraz obrończyni praw zwierząt. Był to bez wątpienia jeden z bardziej wzruszających momentów tego wieczoru.
Cały koncert był dużym pozytywnym zaskoczeniem. Przez lata wracałem do występu Moby’ego, z 2001 roku w programie Joolsa Hollanda. To co zobaczyłem we wtorek, niewiele różniło się od tamtego wykonania. Podobna setlista, to samo zaangażowanie. Jeśli Moby chciał tą trasą przypomnieć o sobie szerszej publiczności, to zrobił to w najlepszy z możliwych sposobów.
Co o tym sądzisz?
Ładowanie komentarzy...